Obieżyświaty - część trzecia

Trzeci i finalny odcinek jak jednak widać trylogii o naszej podróży do Zakopanego



CZĘŚĆ 6

Duże Ała I Hurra



Przedostatni dzień był najbardziej zarobiony. Finały pracy w grupach, wyjazd na Krupówki i powtórka z sanek, tym razem w bardziej ekstremalnej edycji, przysporzyły nam dużo emocji.

Zacznijmy od najbardziej palącej sprawy, a mianowicie konkursu grupowego. Na piątek przypadło apogeum naszych starań w różnorakich wyzwaniach. Między innymi był to czas prezentacji modeli Koloseum, z którym było dość, ekhm... wesoło.

Jego budowę grupy zaczęły już w środę. Można się sprzeczać co do rzeczywistego poziomu trudności tego typu rzeczy, ale żaden z uczestników nie powie że była to niedzielna robótka. Niektóre grupy, z powodu innych obowiązków, między innymi tych związanych z przygotowaniem kolacji, zaczęły grubo po czasie, tzn. w czwartek. Warto nadmienić, że pomimo stosunkowo długich przerw między punktami dnia, rzadko były one przeznaczane na cokolwiek innego niż odpoczynek. Trudno jest oczekiwać, by po dziesięciokilometrowej wyprawie do pobliskiej doliny rzucić się w wir pracy pisaków 3D.

Ale nie był to jedyny projekt kończący się w dniu o tytule zespołu Lajkers. Inną, chyba jednak trudniejszą sprawą było przygotowanie przedstawienia zagranicznej (kraj losowany) piosenki wraz z choreografią. Szczęśliwcy mogli liczyć na Francję i ich raczej popularne i stosunkowo łatwe do przyswojenia teksty, inni zastanawiali się czemu akurat oni dostali Izrael. Podczas przygotowywania ruchów tanecznych ukazywały się wyżyny zasady "jak zrobić by się nie narobić". Uczenie się tekstu na pamięć bywa męczące, za to przypięcie telefonu z wyświetlanym utworem do włosów osoby stojącej na przedzie grupy kosztuje mniej wysiłku. Jeżeli jesteście ciekawi jak wyszło, odsyłam ciepło na nasze social media (chociaż raczej trafiliście na tą kronikę dzięki nim, więc widzieliście je już wcześniej, ale wspomnieć warto).

O ile piosenki wyszły obiektywnie głownie lepiej niż gorzej, to z modelami Koloseów było zgoła inaczej. W dłoniach osób, które nigdy wcześniej nie miały podobnych urządzeń w rękach, czyli podobnie zresztą jak z wyszywaniem, potrafiły wyjść niezłe potworki (jako współtwórca owego potworka mam niezbywalne prawo tak twierdzić).

Teraz czas na chwilę wolnego przed finalnym wieczorem. Co by tu zrobić? Może poczytać książkę, pograć w planszówkę lub też wybrać się do sklepu?

Pomimo całej palety opcji, wszyscy* w głębi serca wiedzieliśmy że najlepszą opcją są sanki.

Więc poszliśmy. Pomimo braku słońca o tej godzinie, dzięki odbijającemu światło różnorakiego źródła śniegowi nie pogrążały nas absolutne ciemności. Sporą niespodzianką był stan śniegu w miejscu naszych saneczkarskich przygód. Otóż był on twardy że hej. Doprowadziło to do tego, że zjazd z naszego wzgórza do skoków był niemożliwy, ponieważ sanki nie miały jak złapać przyczepności, więc wywracały się w trakcie.

Inna sprawa prezentowała się u podnóża górki. Droga była łagodniejsza, więc nie trzeba było się martwić o przedwczesny upadek, do tego opadała przez długi odcinek, co pozwalało nabrać zadowalającej prędkości.

Miejsce mamy, sprzęt i warunki też, więc na co czekamy? Ustawiając się w rzędzie, ośmioro śmiałków ruszyło do wyścigu. Początek niezły, przyspieszenie większe niż się spodziewano, ale o to przecież chodzi. Ulokowane po drodze zaspy śnieżne urozmaicają trasę, wybijając zawodników w górę. Po pięćdziesiątym metrze tych, którzy jeszcze nie wypadli nachodzi pytanie - ile one jeszcze będą jechać? Sanki jadą i jadą, wciąż przyspieszając. Rozwiązanie problemu przychodzi wraz z wjechaniem na teren twardego śniegu. Tam sanki tracą przyczepność, gibiąc się ostro na wszystkie boki, by w końcu wystrzelić w górę, zostawiając jeźdźca koziołkującego przez następne dziesięć metrów jak chomik na rozpędzonej bieżni.

Jeśli myślicie że kogokolwiek to zniechęciło, to nie. Zaczęły się za to poszukiwania najbardziej wątpliwej co do stanu śniegu trasy.

Kolejne kilkadziesiąt minut minęło pod sztandarem symulacji rajdowca wypadającego z bolidu formuły jeden. Niektórym sprawiało to chyba więcej frajdy niż powinno, ale cóż począć. Jeszcze zanim wróciliśmy do ośrodka, przeszliśmy przez zimowy kurs Marines oraz trening niekończących się fikołków, ale żeby to zrozumieć trzeba by było tam być.

Czas na finalny wieczór! Punktacja pozostawała tajna, więc wszystko mogło się zdarzyć. Głównym elementem spotkania było rozwiązywanie zagadek, dzięki czemu można było zgarnąć coś dla swojej drużyny. Było ich sporo, niektóre bardziej absurdalne aniżeli podchwytliwe, przez co nie mogę z ręką na sercu zwyczajowo napisać "nic czego nie da się zrobić". No ale jeżeli grupy zgadują większość dobrze, to jak tu drastycznie zmienić tabelę?

Zgadliście, hazard.

Otrzymaliśmy propozycję położenia na szali swych punktów by zdobyć zastrzyk dodatkowej gotówki (bo to ona je reprezentowała). Przeprowadzono łącznie cztery licytacje, w tym jedną nietrafioną (można było wylosować pustą kartę). Niekiedy zdobyte punkty zerowały się chwilę po ich zainkasowaniu przez nałożone kary, a w innych przypadkach zyskiwało się na czysto ponad tysiąc punktów. Dzięki temu zabiegowi, grupa o początkowo najmniejszej liczbie punktów oraz przypadkowo największej znajomości zasad pokera zajęła pierwsze miejsce, w z różnicą do drugiego podium w liczbie sto.

Trzeba więc przyznać, że emocje trzymały do samego końca. Finalni zwycięscy do licytacji losów startowali z myślą, że skoro i tak mają ich najmniej i pewnie przegrają, nie zaszkodzi spróbować. Tymczasem sięgnęli po główną nagrodę, co pokazuje że strony zawsze się mogą odwrócić.



CZĘŚĆ 7

Do Domu



Po emocjonującym dniu wcześniejszym czas na powrót do Środy Śląskiej. Doprowadziliśmy do porządku nasze pokoje, co chwilę wracając się po zguby, użyliśmy potęgi Tetrisa upychając walizki do busa, pożegnaliśmy czule z siostrami i ruszyliśmy w dal.

Powrót minął nam, bez zaskoczeń, podobnie jak jazda do Zakopanego. Pomimo starań oratoryjny laptop wyładował się, więc powstanie ostatnich rozdziałów kroniki w tamtym czasie było niemożliwe (znaczy było, na telefonie, ale nie jestem jeszcze tak szalony). Ciekawa sytuacja przydarzyła się pod Złotymi Łukami. W chwili naszego przybycia przybytek był przepełniony do tego stopnia, że przed kasą ludu było tyle co na koncercie. Gorzej było tylko na zewnątrz, gdzie sceneria przypominała plan z filmu o zombie. Tabuny ludzi cisnących się na drzwi by dostać się do środka. Z powodu zawrotnej klienteli na posiłki czekaliśmy dość długo, a w szczególności osoby zamawiające coś bardziej wyrafinowanego niż cheesburger. Po dziesiątkach minut oczekiwania i upominania o swoje, bo dziwnym trafem osoby zamawiające później jedzenie dostawały w pierwszej kolejności, dostaliśmy posiłek. Zmuszeni do szybkiej konsumpcji, jako że oblężenie się przedłużało, ruszyliśmy już prosto do domu.

I to tyle. Około godziny osiemnastej znaleźliśmy się pod oratorium, skąd rozeszliśmy się do swych domostw. Każdy z nas ciepło wspomina miniony tydzień, wszystkie wyzwania, trudności, ale w szczególności czas zabaw i swobody. Widzimy się podczas kolejnego wydarzenia, moi drodzy!




* te wszyscy jest nieco na wyrost, tak około z 30% z całej społeczności wyjazdu

18 wyświetleń0 komentarzy

Ostatnie posty

Zobacz wszystkie

W dzień Święta Niepodległości księża z oratorium zorganizowali dla animatorów tematyczny wieczór w motywach czasów PRL. Czołem, towarzysze! Jak cudownie powspominać dawne czasy, lub w przypadku nowego

W zeszłym tygodniu odbyła się zorganizowana z rozmachem tytułowa pielgrzymka do Trzebnicy. Póki jeszcze jest pogoda, trzeba z niej korzystać, prawda? Z tego też powodu, a także wielu innych, została z

Dwa miesiące wakacji dobiegły końca. Nadszedł czas na naukę i obowiązki, jednakże warto raz jeszcze przypomnieć sobie ten wspaniały czas. Od 25 czerwca do 28 sierpnia. Dwa miesiące i trzy dni wspólneg