Obieżyświaty - część druga

Drugi i jednak nie ostatni z odcinków opowie o dniach końcowych i wyjeździe z Zakopanego do domu.



CZĘŚĆ 4

Siarka Przy Tym To Perfuma



Wstaliśmy koło godziny siódmej by tylko zdążyć na otwarcie stoku narciarskiego. Jeżeli było się w drużynie odpowiedzialnej dziś za śniadanie, to dzień zaczął się jeszcze wcześniej. Po przeszukaniu szaf i walizek w poszukiwaniu term oraz innych potrzebnych na tą chwilę części garderoby oraz posileniu się odpowiednio zbilansowanym posiłkiem w postaci tostów byliśmy gotowi na narty, albo, jak kto woli, test wytrzymałości podczas upadania z prędkością trzydziestu kilometrów na godzinę.

Finalnie wyszło na to, że tylko jedna strona jest zainteresowana.

Chwilę wcześniej zaczął padać deszcz. Nie była to ulewa jaką można spotkać w górach, czyli leje jak z cebra przez dwadzieścia cztery godziny. Bardziej lekki, przelotny deszczyk jakich wiele w lecie. Tyle jednak wystarczyło by oblodzić śnieg na stoku, co drastycznie zmniejszyło bezpieczeństwo z zabawy.

Skoro nie narty, to co? Plan na dzisiaj to wyjazd, więc trzeba coś wymyślić. Jako że mieliśmy ich dwa, postanowiliśmy zamienić je miejscami.

Następny cel - Chochołowskie Termy.

Szybka wymiana garderoby i ci co chcą jechać są gotowi. Kilkanaście minut drogi i wita nas znajomy budynek. Po przejściu przez jego progi, ówcześnie obowiązkowo wygłaskując lokalnego kota, który wyszedł nam na powitanie, udaliśmy się do kasy. Dostaliśmy tam zadanie odnaleźć halę z ekranami wyświetlającymi film wprowadzający, gdzie pracownicy nas... cóż, wprowadzą w zasady. Więc udaliśmy się do jedynego większego pomieszczenia obok. Ekrany są, filmu brak, ale z braku alternatyw stoimy i czekamy. Tutejsza obsługa jednak dopiero nam ten film włączyła, także mimo małej gafy komunikacyjnej wszystko idzie jak należy.

Wchodzimy. W ogromnej hali na kilkadziesiąt szafek przypadają z trzy przebieralnie, ale pomimo tego nie było żadnych problemu. Pewnie dlatego że lokalni goście zawczasu zmieniają ubranie w domu, w obawie przed horrendalnymi kolejkami jakie zapowiada stosunek gości do kabin.

Nie ma co się zbytnio rozpisywać nad atrakcjami aquaparku, chyba każdy był w podobnym przybytku i wie jak kto wygląda. Na osobny akapit zasługuje jednak jedna z usług oferowanych przez termy. Wprowadzając, po wejściu i pokonaniu pierwszych kilkunastu metrów uraczył nas pewien... specyficzny zapach. Był na tyle osobliwy, że idealnie wpasowuje się tu dialog z Shreka tuż przed wejściem do smoczej wieży.

Okazało się, że zapach z tutejszych beczek siarkowych niesie się dość daleko, nawet pomimo umieszczenia ich na niższej kondygnacji niż reszta basenów. Pomimo dość mocnej wonności użytkowanie ich było wyjątkowo przyjemne, do tego ciekawie było patrzeć jak srebrna biżuteria zmienia swój kolor na złocisty pod wpływem osadu. No chyba że było się właścicielem owych pierścionków, wtedy patrzyło się z lekką zgrozą.



DZIEŃ 5

Ze Mnie Taki Znawca Jak Z Wiedźmina Pacyfista



Udało się! Za oknem pięknie świeci słońce, żadnych opadów przez najbliższe kilka godzin, więc czas przetestować swoje umiejętności w kuzynce jednego z najpopularniejszego w Polsce sportów.

Szybko uwinęliśmy się z pakowaniem potrzebnego sprzętu i wyruszyliśmy na szlak. Droga przebiegła sprawnie i bez poślizgu dotarliśmy na miejsce. Dopiero podczas wypożyczania sprzętu zaczęły się pierwsze wyzwania. Trzeba przyznać, że przebywanie w jednym, ogrzewanym pomieszczeniu, mając na sobie narciarski set i dookoła blisko tuzin ludzi w pakiecie z ich oddechami jest dość wymagającym doświadczeniem. Na szczęście nie trwało to długo i w przeciągu kilku minut wchodziliśmy na wyciąg.

Mamy do wyboru dwie trasy. Pierwsza, praktycznie płaska, nie sięgająca nawet połowy długości rzeczywistego stoku oraz druga, stroma jak schody wieży strażniczej o trasie liczącej sobie półtora kilometra. Mając za sobą zaledwie kilka epizodów z tym sportem, w tym większość ponad dwa lata temu wybraliśmy z początku mniej karkołomną opcję. Zjazdy tą drogą nie były zbytnio wymagające, idealne na przypomnienie sobie podstaw, dlategoż po trzech podejściach zdecydowaliśmy pójść pełną trasą.

Co by tu dużo mówić, skok trudności większy niż zakładano.

Pierwsze co nas przywitało, to przepiękna panorama gór w całej swej okazałości. Srebrzyste szczyty nie przykryte żadną chmurą majestatycznie odbijały promienie słoneczne, prezentując swój blask. Obrazek godny tego, co miało nas czekać.

Pierwsze pięćdziesiąt metrów nowej trasy to małe piekło. Nachylenie spore, do tego nawet droga nawet nie próbuje udawać prostej, mając wzniesienie na wzniesieniu średnio co dwa metry. Wymusza to na jeżdżących umiejętne manewrowanie między slalomem a hamowaniem, lub też oferuje niekończący się ciąg wywrotek.

Pomimo dość trudnego opisu, odcinek ten daje się ujarzmić po kilku zjazdach.

Gorzej jest bezpośrednio po nim, gdzie następne dwadzieścia metrów opada jeszcze bardziej. W szczególnie nieciekawej sytuacji są wtedy osoby które wybrały początkowo prawą ścieżkę, omijając w ten sposób wydzieloną przestrzeń dla pewnego sporego urządzenia, ponieważ tam znajduje się najbardziej stromy odcinek na trasie, zmuszający do ciągłego skręcania przy dość dużej prędkości spowodowanej tym, że ciężko się hamuje mijając tym samym płot.

Początek za nami. Na szczęście dalej jest już tylko łatwiej i można w pełni sprawdzić swoje umiejętności.

Kolejny odcinek to dość długa, podniesiona, zacieniona trasa. Jej szerokość pozwala nie tylko na mniejsze przejmowanie się innymi narciarzami, ale także pozwala na (częściowo) bezpieczne używanie małych zasp w charakterze hopek (wcześniej też można je spotkać, jednakże w powietrzu nabiera się znacznej prędkości, a wylądowanie na kolejnym wzniesieniu lub stromiźnie kończy się zwykle hollywoodzką wywrotką).

Wraz z powrotem słońca wraca też ilość zakrętów i spadek nachylenia terenu. Na tym odcinku znajduje się końcowy budynek pierwszego wyciągu, a co za tym idzie podwoiła się liczba słupów do ominięcia. Jednakże nawierzchnia dość szybko się wygładza, więc nie trzeba przejmować się nadmierną prędkością, która szybko się redukuje.

Przez cztery godziny powtarzaliśmy trasę wielokrotnie, każdy zjazd doświadczając inaczej. Za każdym razem uczyliśmy się czegoś nowego, eksperymentując z innymi formami zjazdu czy ucząc się sztuczek. Nienasyceni narciarskich wrażeń, już w drodze powrotnej podjęliśmy temat następnej wycieczki tego typu.

27 wyświetleń0 komentarzy

Ostatnie posty

Zobacz wszystkie

W dzień Święta Niepodległości księża z oratorium zorganizowali dla animatorów tematyczny wieczór w motywach czasów PRL. Czołem, towarzysze! Jak cudownie powspominać dawne czasy, lub w przypadku nowego

W zeszłym tygodniu odbyła się zorganizowana z rozmachem tytułowa pielgrzymka do Trzebnicy. Póki jeszcze jest pogoda, trzeba z niej korzystać, prawda? Z tego też powodu, a także wielu innych, została z

Dwa miesiące wakacji dobiegły końca. Nadszedł czas na naukę i obowiązki, jednakże warto raz jeszcze przypomnieć sobie ten wspaniały czas. Od 25 czerwca do 28 sierpnia. Dwa miesiące i trzy dni wspólneg