PiM

Zaktualizowano: 9 maj

Dzisiaj m.in dlaczego klimatyzacja to wynalazek rekompensujący wszystko inne, duetowa drabinka pucharowa oraz problem niedoceniania łóżek.


Rok/trzy lata czekania na PiM, niepotrzebne możecie sobie skreślić. Wracamy pełnym składem na pełne emocji rozgrywki, w nadziei na zdobycie najważniejszego trofea sportowego. Jeżeli ostatni tydzień spędziliście zaszyci gdzieś w afgańskiej jaskini bez dostępu do internetu, jesteście usprawiedliwieni, bo nic innego nie mogło wam przeszkodzić przed informacją o wyniku turnieju.

Pierwsza i najważniejsza informacja - wyjechaliśmy pociągiem o trzynastej. Jest to informacja ważna z powodu takiego, że zwykle się to nie zdarza, więc dało radę się wyspać bez konieczności wlewania w siebie kawy (no chyba że ktoś potrafi normalnie egzystować bez tego trunku). Każdy plus niesie za sobą także minusy. Jednym z takowych był pociąg którym przyszło nam jechać. Same KD nie jest takie złe, jednakże w godzinach południowych, szczególnie w dni wolne takie jak sobota, przypomina tokijską dzielnicę Shibuya.

Po czasie dojechaliśmy do Wrocławia, gdzie czekała nas przesiadka na pociąg zmierzający do Twardogóry. W oczekiwaniu na środek transportu średzki oddział drużyny Valor oddelegował swych wojowników do obrony miejscowego gyma nie sądząc nawet, że minie mała wieczność, zanim ich odzyska.

No dobrze, przyjechał pociąg regionalny/lokalny, w zasadzie nie wiadomo jaki, jedynie że stary. Współoddychanie z innymi ludźmi możnaby jeszcze jakoś przeboleć, ale szerokość wagonu mogłaby konkurować z korytarzami średzkiego budynku gimnazjum.

Dojechaliśmy do Twardogóry. Krótki spacerek na tymczasowe miejsce zamieszkania i jesteśmy już gotowi i rozpakowani. Następnie udajemy się do kościoła na oficjalne otwarcie PiM-u, sygnowanego numerem czterdzieści i jeden. W pełni jawna okazała się informacja, że wrocławska parafia Michała Archanioła ma aspiracje, by dołączyć do elitarnego grona stałych posiadaczy pucharów turnieju. Z dwoma zwycięstwami z rzędu ostrzyli sobie zęby na trzecie, tym samym przywożąc trofeum do domu w glorii i chwale. Elitarna elita złożona z zaledwie dwóch parafii, w tym oczywiście nas, nie jest jednak byle jakim miejscem, więc elity elit postawiły sobie za zadanie ostateczne przetestowanie umiejętności wrocławian (czy wspominałem, jak elitarni jesteśmy?).

Jako mentalni spadkobiercy Spartan, za swe łoża wybraliśmy podłogę z dodatkiem karimaty, co by przypadkiem nie zachorować. Pierwsza noc minęła zadziwiająco spokojnie, przynajmniej u starszej części, co niewątpliwie było spowodowane umieszczenia młodszej klienteli w innym pomieszczeniu.

Po porannych formalnościach, takich jak śniadanie oraz mszy świętej rozpoczęliśmy rozgrywki. Różnorakie dyscypliny, od oczywiście sportowych po umysłowe, sprawdzały nasze umiejętności w walce o punkty. Z początku rywalizacja była zacięta, jednak w chwili gdy dodane zostały punkty za wcześniejsze minipimy, tabela przedstawiała się w dość interesujący sposób. O miejsce pierwsze walczyły dwie parafie, tegoroczny kandydat na mistrza Michał Archanioł oraz weteran Święty Andrzej. Brąz pozostawał bezpieczny w rękach jednej drużyny, ponieważ była na tyle wysoko z punktami by nikt na razie nie mógł jej zagrozić, jednakże na tyle nisko, by potyczka o chociażby srebro wydawała się umiarkowanie niemożliwa. Dalej pozostawało już tylko starcie o miejsce czwarte między kilkoma stale zmieniającymi się w rankingu parafiami oraz by nie być ostatnim.

Mecze drużynowe rozgrywały się zwykle w systemie ligowym. Kto ma więcej zwycięstw, ten wygrywa, proste. Inaczej było jedynie w kategorii L, gdzie wszędzie zastosowano wersję pucharową. Dlaczego? Gdy walka o złoto prowadzona jest tylko przez dwie drużyny, ciężko by zrobić coś innego. Co prawda trochę zabiło to element rywalizacji pod postacią obserwacji gry przeciwnika, wyłapywania błędów w ich meczach oraz obmyślania strategii przerwach, ale no cóż, bywa. Możecie się domyślić jakie parafie wystawiły L-kę, nie jest to takie skomplikowane patrząc na ranking.

Pomijając wyniki konkurencji, warto wspomnieć o jednej. Nasza średzka drużyna zdeklasowała byka rodeo zajmując kolejno czwarte, trzecie, drugie i pierwsze miejsce. Takie z nas dzikie bestie.

Dzień następny przywitaliśmy tak jak można było się tego spodziewać po całym dniu biegania i spania na podłodze. W poniedziałek uświadczyliśmy mniej konkurencji drużynowych, byk rodeo został zastąpiony przez skrajnie trudną ściankę wspinaczkową ukończoną w całości przez może trzy osoby na kilkadziesiąt, a w wieloboju zepsuli punktację (końcowe ocenianie też, dop. red.).

Rozgrywki zakończyliśmy wznosząc puchar turnieju o wartości równej wszystkich wykupionych w tym czasie przez nas lodów, czyli dużej. W drodze powrotnej zawinęliśmy na triumfalny deser, który na pewno nie był jeszcze większą porcją lodów.

Parafii Archanioła życzymy, by udało jej się zdobyć puchar na stałe, ponieważ mają wystarczające umiejętności i na to zasługują. Ale dopiero za trzy lata, ponieważ my chcemy zdobyć puchar na stałe po raz drugi i zostać niekwestionowanymi mistrzami, czyli tak jak winno być.

43 wyświetlenia0 komentarzy

Ostatnie posty

Zobacz wszystkie

W dzień Święta Niepodległości księża z oratorium zorganizowali dla animatorów tematyczny wieczór w motywach czasów PRL. Czołem, towarzysze! Jak cudownie powspominać dawne czasy, lub w przypadku nowego

W zeszłym tygodniu odbyła się zorganizowana z rozmachem tytułowa pielgrzymka do Trzebnicy. Póki jeszcze jest pogoda, trzeba z niej korzystać, prawda? Z tego też powodu, a także wielu innych, została z

Dwa miesiące wakacji dobiegły końca. Nadszedł czas na naukę i obowiązki, jednakże warto raz jeszcze przypomnieć sobie ten wspaniały czas. Od 25 czerwca do 28 sierpnia. Dwa miesiące i trzy dni wspólneg